Stowarzyszenie Nautica
Moje wrażenia z safari nurkowego

SAFARI NURKOWE ST. JOHN'S 21-28 LUTY 2009

Moje wrażenia z safari

Zanim zdecydowałam się jechać, "zasięgnęłam języka" u naszego kolegi "Wąskiego", który jako pierwszy z nas wózkowiczów spróbował swoich sił na łodzi bez schodzenia na ląd, mieszkając, jedząc i oczywiście. nurkując. Opis nie był bardzo zachęcający, pełen różnych przeszkód technicznych - schody, niedostępna przy kajucie łazienka, ogromny próg przy wyjściu z salonu, kołysanie łodzi, które ogólnie utrudniało przemieszczanie się. No cóż, pomyślałam, ale jeśli on sobie poradził, to dlaczego ja nie mogę? Ad augusta per angusta , co w bardzo dowolnym tłumaczeniu znaczy - cel osiąga się zwalczając trudności.

Ostateczna decyzja - jadę! Lato w zimie, jeszcze to dodatkowo zadecydowało, żeby na chwilę choć oderwać się od rzeczywistości i zanurzyć w "wielki błękit", no i oczywiście przeżyć coś niezapomnianego. Po wielu przesiadkach z różnych środków lokomocji - pociąg z Bielska-Białej do Warszawy, autobus komunikacji miejskiej na lotnisko, przelot do Marsa alam, stamtąd podróż autokarem do przystani Hamata, gdzie cumowała nasza łódź, a na łódź z brzegu musieliśmy się dostać pontonem. Ufff, kiedy wreszcie dotarliśmy, rozładowali sprzęt, rozlokowali rzeczy osobiste w kajutach, to trzeba było jeszcze sklarować sprzęt, aby na drugi dzień móc już bez przeszkód wbić się w piankę i zanurkować w ciepłych (22- 24 st . C) wodach Morza Czerwonego. Zresztą pierwsze nurkowanie to tzw. check dive, rozpoznanie jak się czujemy w naszym sprzęcie, co trzeba poprawić, wyważyć się odpowiednio, ewentualnie dodać balast - to przecież słone wody. A ja jeszcze dodatkowo założyłam docieplacz - i dobrze - pomimo ciepłej wody nurkowania nasze były około godzinne, więc można się było trochę wychłodzić. Nie nurkowałam zresztą po raz pierwszy w Morzu Czerwonym, dwa razy rok po roku jeździłam na wyprawy HSA do Egiptu z Nauticą. Tylko tam było jedno nurkowanie dziennie, zakwaterowanie w hotelu i wiele długotrwałych operacji, żeby wszystkich przygotować do nurkowania. A na safari, ku mojemu zaskoczeniu - jak raz sklarowaliśmy sprzęt, to nie trzeba było z nim nic więcej robić poza odkręceniem automatu w celu dopełnienia butli na następne nurkowanie. I tyle!!! No, może trochę przesadziłam z tym optymizmem - trzy lub cztery razy, w zależności ile zdecydowaliśmy się w danym dniu nurkować - trzeba się było wbić w piankę. Ale ja i moi koledzy z HSA - Radek i "Maczo", doszliśmy w czasie trwania safari do takiej perfekcji, że wyprzedzaliśmy niektórych naszych sprawnych "współnurkowiczów" i gotowi w sprzęcie czekaliśmy na sygnał "wskoczenia" do wody siedząc na brzegu rufy. Nie obyło się tu oczywiście bez pomocy naszej załogi egipskiej, ale oni i tak ochoczo pomagali wszystkim.

Pierwszy "nurek" odbył się w miejscu zwanym Gotta Marsa alam, gdzie zobaczyliśmy pierwszy wrak (był później jeszcze jeden na głębokości 30 metrów). Na piaszczystym dnie spoczął 25-metrowy kadłub łodzi, a w nim kręciło się sporo glass fish-y. Ale drugie nurkowanie już nie było takie "lekkie" technicznie, bowiem okazało się, że będziemy nurkować z pontonu. Znajdowaliśmy się przy kolejnej rafie zwanej Gotta Sharm i tam nie można było skoczyć bezpośrednio z naszej łodzi Safy Mar, trzeba było podpłynąć Zodiakiem jak najbliżej rafy. Dla naszej trójki na wózkach oraz naszych wspaniałych instruktorów: Asi, Kasi, Przemka i Maćka było to nowe wyzwanie, nie było łatwo, ale daliśmy radę!

Trudno opisać wszystkie miejsca po kolei, ważne jest to, że cudownych, niezapomnianych wrażeń było mnóstwo. Zobaczyłam piękne podwodne ogrody, gdzie koralowce wybuchały feerią barw, gdzie roiło się od barwnych drobnych rybek, ślimaków, mózgowców, "kalafiorów", niesamowitych kształtem gąbek, koronkowych gorgonii. Wspaniałe doznania czekały na Dangerous Reef, gdzie przepływało się przez liczne groty, a przesmyki pomiędzy nimi były pięknie podświetlone z góry. Tam formowaliśmy się "gęsiego", ponieważ było dość ciasno i trzeba było uważać na swoją pływalność, by nie zahaczyć sprzętem czy rękoma o ściany rafy. Nie zapomnę również spotkań z bogatą fauną Morza Czerwonego - przerażającymi murenami, uroczymi żółwiami, kropkowanymi ogończami, pasiastymi barakudami, srebrzystymi tuńczykami, dostojnymi napoleonami, sunącymi nocą z gracją skrzydlicami. Wiele innych stworzeń mnie zauroczyło, lecz ich nazw nie sposób spamiętać... Nie sposób zresztą tak naprawdę opisać całego bogactwa, które tkwi pod wodą. Intryguje mnie ta wielka, niezgłębiona tajemnica tego wciąż nie do końca zbadanego i opisanego świata.

A to wszystko nie byłoby możliwe, gdyby nie rewelacyjni ludzie z Nautiki - ci, którzy zorganizowali wyprawę; Piotr, który wspaniale ją poprowadził; Asia, Kasia, Przemek i Maciek, dla których nurkowanie z osobami niepełnosprawnymi jest czymś naturalnym, no i oczywiście Piotruś, który jest niezawodny w każdej sytuacji. Dzięki wszystkim za to safari!

Chcę też wspomnieć ciepło o osobach, które po raz pierwszy zetknęły się z nami, nurkami niepełnosprawnymi, mam nadzieję, że szybko rozwialiśmy ich obawy, co do "problemów" związanych z naszym pojawieniem się w grupie nurkujących na safari. Doświadczyłam od nich wiele gestów pomocy i życzliwości, mam nadzieję, że spotkanie z nami wniosło w ich życie coś nowego.

Zachęcam niepełnosprawnych nurków do podjęcia wyzwania i wybrania się na niezwykłą przygodę, która czeka na safari nurkowym. Ale jednocześnie uprzedzam, że trzeba najpierw stanąć w prawdzie, czy podołacie trudom wiążącym się z tym - długiej podróży do celu, chorobie morskiej, która może was dopaść na łodzi, z barierami technicznymi, które ograniczają poruszanie się na niej. A co najważniejsze - znać swoje możliwości, jeśli chodzi o samoobsługę, aby jak najmniej angażować innych do pomocy. Ale warto spróbować!

 

Jolanta Tuz